Ucieczka

mask-1pośpiesznym krokiem ruszyła przed siebie. Wokół panowała przenikliwa cisza, nie licząc jej bijącego z przerażenia serca. Wiedziała, że on tam był, że mógł ją nawet dostrzec. Chociaż nie, to raczej niemożliwe. Zmieszana z kolorowym tłumem żywiołowo roztańczonej gawiedzi, stanowiła nierozróżnialnie, barwną plamę, niczym na abstrakcyjnym obrazie. A jednak wyczuwalna pozostała obecność jego charakterystycznie chrapliwego pomruku i manierycznego pocierania palcami. Machinalnie odwracając głowę, uciszała swoje obawy.

Szybszym wciąż krokiem zmierzała do jeszcze nieustalonego celu. Oby tylko dalej od tego miejsca, by dalej od niego.

Na końcu wąskiej uliczki zorientowała się, że niechybnie znalazła się w ślepym zaułku. Pozostał jedynie powrót lub pokonanie ciemnej bramy, kryjącej mroczne czeluści niewiadomej.

Masywne drzwi, olbrzymie, niczym wrota do krainy wielkoludów, otwierały się ociężale, obwieszczając o, najwyraźniej niecodziennym dla nich, wyzwaniu ujawnienia skrywanych dotąd skrzętnie tajemnic. Potem cisza. Gęsta ciemność. Nawet po czasie, wystarczającym do oswojenia oczu z nową rzeczywistością. Głucha pustka. I niepewność, co dalej.

– Czy najrozsądniej nie byłoby jednak zawrócić, opuszczając ten złowrogo ponury przybytek? – W lapidarnej analizie zaistniałej sytuacji, odwróciła zamaszyście głowę i z rozmachem ruszyła ku bramie. Zdecydowanie chwyciła za klamkę i całą siłą pchnęła masywne podwoje. Lecz one, ni drgną! Szarpnęła energicznie antabą, wybałuszającą wielkie oczy z lwiego okucia, przyciągając ją do siebie, to znów pchając z rozmachem w przeciwną stronę. Drzwi, zastygle w żelaznej futrynie, zdobyły się jedynie na rzężący charkot i przenikliwe skrzypienie.

Nim zdążyła wybiec myślą do rozwiązań alternatywnych, z głębiny smolistej ciemnicy wyłoniło się coś zupełnie odmiennego od pojękiwań opierającej się bramy. Jakby rosnący w sile odgłos kroków. Znieruchomiała nadsłuchując dźwięków z zewnątrz. Wciśnięta równie mocno w najbliżej napotkaną ścianę, co w obezwładniający strach, wstrzymała oddech, całą mocą swego jestestwa.

Odgłos kroków ustał. Bynajmniej z nim nie minął lęk, miotający jej ciałem. Przeczuwała, iż nagłe wyciszenie, nie zwiastuje końca zagrożenia. I nie myliła się, gdyż niebawem, ponownie usłyszała znajomy stukot zbliżających się stąpnięć. Potem zgrzyt zawiasów i raptowne szarpnięcie topornych odrzwi. Tym razem skuteczne. Drzwi otworzyły się z impetem.

Przez pokaźną szparę przedostała się śpiesznie smuga mdłego światła. Tuż za nią postać, w poświacie, jak w strwożonych oczach, sięgająca zgoła pułapu. Ciemny słup cienia nie kojarzył się z niczym znajomym. Nie przypominał nawet człowieka. Zatrzymał się nieporuszony, jakby w oczekiwaniu czegoś, co nigdy nie nastąpi, ale ostatecznie warte jest baczenia.

Strużka potu płynęła wartkim potokiem po jej plecach. Czuła dreszcze na całym ciele. Wiecznością stało się oczekiwanie na rozwój wydarzeń. Jakikolwiek obrót miałyby one nie przybrać. W końcu najgorsza była czcza bezczynność i niemoc, wyrosła z niepokoju.

Nagle zrywny ruch, wydobyty z cienia, w geście ludzkiej kończyny, zdawał się zwiastować początek trudnej jeszcze do oszacowania czynności. Po chwili rozległy się powtarzające raz po raz w niedługich odstępach czasu pstryknięcia. A potem błysk płomyka. Tak zaiskrzyła zapałka. Jednak na zbyt krótko, by sczytać rysy twarzy i określić wiek przybysza. Wkrótce odczuwalny stał się tylko dym papierosa.

Intensywny wysiłek uchwycenia wszystkich dostrzegalnych szczegółów, osłabił ostrość jej koncentracji. Tymczasem zupełnie niespodziewanie, za kolejnym pstryknięciem, niczym za sprawą czarodziejskiej różdżki, gęstą ciemność rozproszył oślepiający poblask.

Pokonawszy stan paraliżującego zaskoczenia, niezwłocznie podążyła spojrzeniem w ślad jego pochodzenia. Przywracając perceptywności dawną sprawność, w przerażeniu uświadomiła sobie wątpliwy komfort zaistniałej sytuacji. Przecież teraz może być łatwo zauważona!

Trwożliwie spojrzała w kierunku drzwi. Olbrzymie i masywne, ponownie szczelnie zamknięte, jak w okowach zatrzymanego czasu, stanowiły jedyny punkt na linii jej wzroku, bowiem tajemniczy osobnik zniknął niepostrzeżenie. Ale nie to bynajmniej było dla niej najdziwniejsze. To raczej miejsce, w którym się znajdowała.

Stała na skraju ogromnej sali, tonącej w przepychu świateł, mieniących się złociście eskalującym blaskiem. Spoglądając na połyskujący kryształ żyrandola w girlandach ornamentów, rozpoczęła obchód intrygującego wnętrza. Olśniona luminacją, nie zorientowała się, że ktoś jej towarzyszy.

Delikatny dotyk dłoni na jej ramieniu w mgnieniu wyostrzył jej zmysły. Pomimo rosnącego napięcia, nieśpiesznie odwróciła twarz, by oto oczom jej ukazał się wysoki mężczyzna o kształtnym konturze twarzy, schowanej za czarno-złotą maską.

– Pozwól, aby ta chwila pozostawiła w twej pamięci niezatarte wspomnienia. Poczuj się jak prawdziwa księżniczka. Przecież w istocie nią jesteś. – Zabrzmiał aksamitnie głos nieznajomego, który dłonią, subtelnie zdjętą z jej ramienia, zaprosił ją do walca, melodyjnie wypełniającego przestrzeń niebiańską muzyką.

Wirując zgrabnie po parkiecie zapomniała o całym bożym świecie. Nic nie mogło przecież zburzyć tego błogiego nastroju. Niedawne przeżycia uszły w zapomnienie.

Wtedy rozległo się niemal nieuchwycenie specyficznie chrapliwe westchnienie, a palce na jej plecach potarły się manierycznie. Zamilkła muzyka. Zgasło oświetlenie. Struchlało jej serce.

Księżniczka Magdalena Granos

Advertisements